Londyńska antylista

Londyn to piękne i fascynujące miasto, ale nie idealne. Jakie miejsca warto tam omijać? A na co trzeba się zgodzić z zaciśniętymi zębami? Oto moja londyńska antylista.

Na ogół podchodzę do zwiedzania różnych miejsc z otwartością, bez żadnych konkretnych oczekiwań, co pozwala mi na wyrobienie sobie własnego zdania. Czasem jednak trudno tych oczekiwań nie mieć, zwłaszcza że autorzy przewodników turystycznych mają tendencje do wpadania w przesadny zachwyt. Zdarza mi się więc być rozczarowaną, zwłaszcza jak barwny opis danego miejsca okazuje się być mocno na wyrost.

Dlatego, chociaż bardzo lubię Londyn, nie jestem wobec tego miasta bezkrytyczna. Tekst o tym, co warto zrobić w tym mieście, cieszył się wśród Was dużym zainteresowaniem, więc postanowiłam iść za ciosem i uzupełnić go o to, co w Londynie może rozczarować.

Oto moja subiektywna londyńska antylista:

1. Muzeum figur woskowych Madame Tussaud’s.

To jedno z miejsc wymienianych jako must-see podczas wizyty w Londynie w wielu przewodnikach. Dla mnie to miejsce było absolutnie największym rozczarowaniem w tym mieście.

Pierwszym minusem była długa kolejka do kasy (patrz: punkt 5), ale również potem szału nie było. Między innymi ze względu na tłum turystów odwiedzających muzeum.

Oczywiście doceniam to, że wyprodukowanie figur woskowych jest trudne, czasochłonne i kosztowne (wiedzieliście, że produkcja jednej figury kosztuje 125 tysięcy funtów?). Madame Tussaud’s to niewątpliwie wyjątkowe miejsce, które ma w Londynie długie tradycje. Ale to, że jest wyjątkowe, nie znaczy, że jest ciekawe. Dla mnie było to po prostu coś w stylu muzeum dużych lalek, a więc nuda, nuda i jeszcze raz nuda… Jeśli lubicie takie klimaty, to Madame Tussaud’s może Wam się spodobać. Jednak jeśli nie, to odradzam wizytę w tym miejscu – nawet jeśli macie naprawdę dużo czasu na zwiedzenie Londynu, to i tak można ten czas lepiej spożytkować.

Skoro już jednak tam weszłam, to nie odmówiłam sobie zrobienia kilku zdjęć ze słynnymi ludźmi, m.in. z Albertem Einsteinem, The Beatles czy Bobem Marley’em.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2014/12/Madame-Tussauds-Bob-Marley.jpg" size="640"/]

Ja i Bob Marley :)

2. Fish & chips.

O ile zjedzenie typowego angielskiego śniadania to dla mnie punkt obowiązkowy wizyty w Londynie, to zjedzenie kolejnego dużego i tłustego posiłku to już po prostu za dużo.

Do słynnego angielskiego “fish and chips”, czyli po prostu ryby z frytkami, zabierałam się kilka razy. I za każdym razem to danie mnie rozczarowało. Wiem, że ryba z frytkami to nie jest wyszukane danie i nie powinnam spodziewać się zbyt wiele – jednak sądzę, że nawet coś tak prostego można przyrządzić dobrze. Tymczasem za każdym razem dostawałam przesoloną rybę z ogromną ilością panierki i kapiące tłuszczem frytki.

Jeśli to jest właśnie londyński standard, to nie polecam. A jeśli znacie jakieś miejsce, gdzie można zjeść dobre fish & chips, to dajcie znać.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2014/12/fish-and-chips.jpg" size="640"/]

Fish & chips.

3. Harrod’s.

Na wstępie zaznaczę, że nie rozumiem fenomenu chodzenia po galeriach handlowych dla przyjemności. Chodzę w takie miejsca tylko wtedy, kiedy muszę – i na ogół kupuję mnóstwo ciuchów naraz, aby nie musieć łazić po sklepach przez dłuższy czas.

Jednak Harrod’s to miejsce, o którym dużo czytałam przed przyjazdem do Londynu, więc musiałam zaglądnąć tam choćby na chwilę. Wizyta w centrum przepychu, pełnym pięknych wystaw luksusowych marek… brzmi nieźle, prawda?

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2014/12/Harrods-buty.jpg" size="640"/]

Jedna z wystaw w Harrod’s.

Obeszłam więc Harrod’s wzdłuż i wszerz. I co? … I nic. Dla mnie to centrum handlowe jak każde inne, oprócz faktu, że do standardowych cen należy dopisać jeszcze jedno zero.

Jeśli naprawdę macie ochotę na shopping w Londynie, ale chcielibyście wydać na swój outfit mniej niż kilka tysięcy funtów, to polecam przejście się po Oxford Street. A Harrod’s obejrzyjcie nocą z zewnątrz, kiedy prezentuje się pięknie.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2014/12/Harrods-noc.jpg" size="640"/]

Harrod’s nocą.

No chyba że akurat macie na zbyciu te kilka tysięcy funtów na nowe ciuszki, to zaszalejcie. Kto bogatemu zabroni.

4. Londyński system komunikacji.

Gdy zobaczyłam, jak działa system komunikacji w Londynie, doceniłam Warszawę. Może i otwarcie drugiej linii metra się spóźnia, ale przynajmniej ta pierwsza jeździ tak jak powinna!

Londyn to miasto, w którym komunikacja miejska działa w niezbyt przejrzysty sposób. Metro jeździ jak chce i często zdarzają się opóźnienia. Niejednokrotnie zdarza się, że metro funkcjonuje relatywnie krótko – chociaż większość linii działa teoretycznie do północy, to praktyce miałam sytuację, kiedy ostatni pociąg metra na jednej z linii pojechał przed 22… Warto też zaznaczyć, że w metrze nie ma klimatyzacji, więc latem w godzinach szczytu czułam się tam jak na zatłoczonej ulicy w Mumbaju.

Z kolei autobusy również się spóźniają i często jeżdżą objazdami. Kierowca nie zawsze zatrzyma się na przystanku – więc nawet jeśli nie jest on na żądanie, to i tak warto machnąć ręką.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2014/12/Londyn-autobusy.jpg" size="640"/]

Autobusy w Londynie.

Aha, i nawet jeśli wydaje Ci się, że doładowałeś swoją Oyster Card wystarczającą ilością pieniędzy, to i tak to okaże się za mało.

5. Kolejki.

Długie kolejki to zmora każdego turysty przyjeżdżającego do Londynu. Jeśli chcesz zobaczyć jakieś słynne miejsce w Londynie, to prawie na pewno będziesz musiał(a) swoje odstać.

Długość kolejki skutecznie zniechęciła mnie do zobaczenia kilku miejsc, np. przejażdżki słynnym London Eye. Długość kolejki oszacowałam wtedy na ponad godzinę. Spore kolejki tworzą się też m.in. przed Westminster Abbey, południkiem zero w Greenwich czy wspomnianym Madame Tussaud’s.

Oczywiście nie wszędzie jest tak źle, ale przy planowaniu wycieczki do Londynu, zwłaszcza w lecie, trzeba się nastawić na to, że stracimy sporo czasu na staniu w kolejkach.

6. Ceny!

Może i nie jest pięć razy drożej niż w Polsce, ale jest to niewielka przesada. W Londynie wszystko jest drogie – mieszkanie, jedzenie, transport, kultura.

Wysokie ceny to jednak czynnik, którego nie ominiecie, dlatego zamiast nad nimi ubolewać, po prostu trzeba przyjąć do wiadomości, że wyjazd do Londynu, nawet na krótko, będzie Was sporo kosztować.

Ale, jest pewien wyjątek: ubrania. Te w londyńskich sieciówkach są tańsze niż analogiczne rzeczy w Polsce. Jeśli więc macie trochę miejsca w walizce, shopping na Oxford Street nie jest złym pomysłem.

Oczywiście wymienione przeze mnie rzeczy to moja subiektywna lista. Zresztą, może i Londyn ma swoje wady, ale wciąż pozostaje miastem wartym zobaczenia, z ogromną ilością ciekawych i oryginalnych miejsc. Ilością zbyt wielką, aby móc poznać Londyn w jeden weekend.

5 thoughts on “Londyńska antylista

  1. Dokladnie te same przemyslenia mialam odwiedzajac Londyn na tydzien 2 lata temu. Musialam potem bacznie kontrolowac stan swojego konta;)
    Inaczej wyglada to teraz, kiedy zyje w tym miescie i ma ono wiele do zaoferowania w zamian za to jakie pieniadze place za zycie w nim. A wiec, wszystko zalezy :) pozdrowienia serdeczne!
    Baska Watroba.

  2. 1. Brytyjskie fish & chips są po prostu tłuste, przesolone i z ogromną ilością panierki- gdyby przyrządzono je wedle pani życzenia, przestałyby być brytyjskie, a stałyby się.. polskie. Po prostu Brytyjczykom smakuje w takiej właśnie postaci, i raczej kiepskim interesem dla sprzedawców byłoby przyrządzanie tego dania z myślą o ewentualnym turyście z Polski- jak widać, “punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” ;) Dla Brytyjczyków niejadalny jest (przykładowo) “zepsuty” biały ser. :)
    2. Kolejki w wielu miejscach obleganych przez turystów są faktem- w końcu to Londyn a nie Pcim, ;) jednakże na wiele atrakcji (w tym London Eye) można zarezerwować bilety przez internet- nie trzeba wtedy tracić czasu na wystawanie w kolejkach (rezerwacja na określoną godzinę), a i same bilety kosztują wtedy mniej.
    3. Nie do końca rozumiem zarzuty dotyczące metra- pociagi jeżdżą w szczycie co 1-2 minuty, natomiast zatłoczenie jest konsekwencją tego, że to właśnie najsprawniejszy środek transportu w kilkunastomilionowej aglomeracji, do której trudno porównywać dwumilionową Warszawę z jej notorycznie sparaliżowanym transportem zbiorowym. Zeestawianie metra z tym warszawskim trąci humoreską- londyńskie metro to miasto w mieście. :)
    Natomiast zatrzymywanie autobusu poprzez wyciągniecie ręki jest normą w Wielkiej Brytanii- w ten sposób oszczędza się czas kierowców i… współpasażerów. Po cholerę autobus ma się zatrzymywać na przystanku, na którym nikt nie wsiada? ;)
    4. Drogie jedzenie? W tysiącach knajpek można zjeść syty posiłek za 4.5-6 GBP, nie uważam, aby ta cena była wygórowana, nie tylko patrząc na nią przez pryzmat siły nabywczej brytyjskiej waluty oraz tutejszych zarobków.
    5. Londyn jest drogi- podobnie, jak droga jest Warszawa. Uwzględniając jednak siłę nabywczą funta, dla mieszkańców nie jest on od niej droższy- chociaż może być taki dla turystów.
    6. Ceny nie tylko odzieży są w Wielkiej Brytanii znacznie niższe niż w Polsce. BArdzo często inaczej są też pozycjonowane niektóre marki, zwłaszcza młodzieżowe i sportowe- taki (przykładowo) Reebok, Fila czy Everlast to odzież głównie dla mieszkańców tutejszych hmmm… faveli. ;)
    7. W kwestii noclegów- polecam duże sieci hotelów turystycznych (jak np. Travelodge), które -przy odpowiednio wcześniejszej rezerwacji- potrafią bić na głowę ofertę podrzędnych i rzekomo tanich przybytków typu B&B czy jakies hostele oferujące łóżko w 12-30-osobowej sali gdzieś na peryferiach miasta- zarowno w ubiegłym roku, jak i dwa lata temu, płaciłem za komfortowy, dwuosobowy pokój z łazienką w nowym hotelu (dzielnica Bethnal Green- dojazd do ścisłego centrum zajmuje kwadrans) zaledwie 17 GBP za dobę. Cena raczej nieosiagalna w podobnej lokalizacji w Warszawie. ;)
    8. Po ośmiu latach zamieszkiwania w Wielkiej Brytanii (Edynburg, Szkocja) stwierdzam, że Polska jest dla turystów… zbyt droga. Koszt 3-4 dniowego wypadu do Krakowa, czy Trójmiasta bardzo często nie różni się, lub nawet przewyższa koszt 7-10 dniowych wczasów na Wyspach Kanaryjskich, w Tunezji czy w Grecji.

    • Dzięki za uwagi!
      Ten tekst był pisany głównie z myślą o polskich turystach – aby ich nic nie zdziwiło ;)

      A co do cen obiadów – osobiście w centrum Londynu nie znalazłam żadnej przyzwoitej knajpki, w której można byłoby zjeść obiad za 5-6 GBP. No cóż, może nie wiedziałam, gdzie patrzeć ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>