Smaki Singapuru cz.2

Drugą część kulinarnej relacji z Singapuru zaczynam od króla tamtejszych owoców – duriana. A potem przejdę do jeszcze większych kulinarnych dziwadeł…

W pierwszej części wpisu o kuchni Singapuru wspomniałam o bardziej tradycyjnych daniach. Teraz czas na trochę szaleństwa.

Pisząc o kuchni Singapuru, nie można zapomnieć o symbolu tego kraju, czyli durianie – owocu o wielkości gdzieś pomiędzy grejpfrutem a melonem, posiadającym twardą, usianą szpikulcami skórę, którą trzeba rozbijać tasakiem. Najbardziej charakterystyczny jest jednak jego zapach, który jest tak intensywny, że w Singapurze zabroniono wnoszenia duriana do środków transportu miejskiego i wielu innych publicznych miejsc.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/no-durians-sign-singapore.jpg" size="640"/]

Zakaz wnoszenia durianów.

Mówiąc wprost – od duriana wali starymi śmieciami. Człowiek, który jako pierwszy wpadł na to, aby go zjeść, musiał być zdesperowany albo przegrać zakład. Gdy wniesie się duriana do jakiegoś pomieszczenia, zwłaszcza klimatyzowanego, to podobno nie można się pozbyć zapachu/smrodu przez 2-3 dni.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/durian-geylang-rd.jpg" size="640"/]

Durian “z wyższej półki” sprzedawany na stoisku na Geyland Rd.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/durian-open.jpg" size="640"/]

W środku wygląda mniej ciekawie…

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/durian-boxes.jpg" size="640"/]

Jest i wersja na wynos.

Jednak słodkawo-ostry smak duriana nie jest już wcale zły – zwłaszcza, jeśli nie sięgniemy po najtańszą odmianę, tylko skusimy się na te nieco droższe i bardziej wyrafinowane. A już naprawdę dobre są lody o smaku duriana. Nie żartuję! Ja je kupiłam na tradycyjnym ulicznym stoisku, gdzie bryły lodów owocowych krojone są w kostki wielkości masła i wkładane między wafelki.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/durian-ice-cream.jpg" size="640"/]

Lody durianowe – pycha!

Jeśli lubicie mocne kulinarne wrażenia, to polecam także spróbować galaretowatych mazi wszelkiego typu, w których tutaj specjalizują się Chińczycy. W singapurskim Chinatown Complex zamówiłam w ciemno yam cake, który okazał się mdłymi szarymi kostkami, oraz chee chong fun, czyli białą glutowatą substancję, również raczej bez smaku. Domyślam się, że głównym składnikiem obu tych “smakołyków” była mąka ryżowa lub ryż. Dodano do nich dwa sosy, pikantny i słodki – chyba po to, żeby miały one jakikolwiek smak ;)

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/yam-cake-chee-chong-fun.jpg" size="640"/]

Yam cake i chee chong fun.

Ryżowe smakołyki są jednak świetne na słodko. Na deser warto skusić się na kueh, czyli ryżową przekąskę o różnych smakach (często o smaku kokosowym), a także dodatkach o przekroju od kandyzowanych owoców, przez tapiokę po fasolę. Kueh może mieć różne kolory – i chociaż wygląda on bardzo sztucznie, to jest naprawdę smaczny. Polecam zwłaszcza ten tęczowy ;) Na stoiskach z jedzeniem można znaleźć także pyszne ryżowe ciasteczka z kokosowym nadzieniem. Sprzedawcy nazywają je sweet potato, ale z ziemniakiem nie mają one absolutnie nic wspólnego.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/kueh-rainbow.jpg" size="640"/]

Tęczowy kueh.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/sweet-potato-singapore.jpg" size="640"/]

Ryżowe ciasteczko z kokosowym nadzieniem.

Wracając do rzeczy bardziej wytrawnych – będąc w tej części świata, dobrze jest spróbować century egg, czyli “stuletniego jajka”, które de facto jest jajkiem konserwowanym w specjalnym roztworze przez nie 100 lat, ale około 100 dni. Przez ten czas białko jaja staje się ciemnobrązową galaretą, a żółtko staje się zielono-szare… Stuletnie jajka wyglądają odpychająco, ale ich smak nie odbiega w sumie znacząco od zwykłego jajka na twardo. I ja raczej przy zwykłym jajku pozostanę ;)

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/singapore-spago-breakfast.jpg" size="640"/]

Ja spróbowałam stuletniego jajka na śniadanie.

W Chinatown zaobserwowałam także, że Chińczycy kupowali w dużych ilościach chipsy z ulicznych stoisk. Oczywiście jak się okazało, nie były to wcale chipsy z ziemniaków, lecz jakieś dziwactwa z ryżu, orzechów i ziaren. Oczywiście, że musiałam spróbować ;)

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/chinese-chips-singapore.jpg" size="640"/]

Chińskie przekąski. Wybrałam w ciemno.

A co pić w Singapurze, oprócz tutejszej kawy? Najlepiej różne owocowe soki – z guawy, ananasa, mango, itd. Mi szczególnie przypadł do gustu sok z owocu soursop. Tutejszym przysmakiem jest także sok z trzciny cukrowej oraz kokosa – oba pyszne i orzeźwiające.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/singapore-fruit.jpg" size="640"/]

Warto spróbować nie tylko duriana, ale zasmakować także innych lokalnych owoców.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/sugarcane-juice.jpg" size="640"/]

Sok z trzciny cukrowej.

[do action="zdjecie" adres="http://d-tour.pl/wp-content/uploads/2016/03/coconut-juice-singapore.jpg" size="640"/]

Sok kokosowy – wcale nie jest słodki.

O smakach Singapuru mogłabym pisać bez końca, bo to miasto naprawdę daje ogromne możliwości wyboru. I, co ważne, aby rozkoszować podniebienie azjatyckimi pysznościami nie trzeba sięgać głęboko do kieszeni. Akurat jedzenie bywa w tym miejscu tanie – jeśli się wie, gdzie go szukać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>